Ariana | Blogger | X X

sobota, 1 marca 2025

Bo przecież, żeby kogoś trzymać za rękę, trzeba najpierw swoją dłoń otworzyć

 Dlatego dzisiaj moje wyrzygowiny dotyczą tematu jakim jest związek, relacja, jak zwał tak zwał. Każdy związek składa się z kilku fundamentalnych wartości, nieważne w jakim związku - one są podstawą, taką receptą na to, by dany związek był szczęśliwy. Nie jestem też jakimś psychoterapeutą par, by tak się wypowiadać. Mówię to na p[odstawie własnych doświadczeń i tego, jaki schemat widzę wokół innych związków, przyjaciół, randomów. 

Podstawami udanego związku, są nie tylko aspekty "podobania się" z wyglądu, charakteru czy zainteresowania. Ten ciężki, niezrozumiały dla mnie typ relacji, jest bardziej złożoną sprawą, niż mogłoby się wydawać. Owszem, żeby być związku osoba musi być w pewien sposób atrakcyjna dla nas, musimy akceptować charakter, czy rozumieć zainteresowania. 

Ale jednak, są aspekty ukryte, może i mniej oczywiste, niż to wymienione wyżej. Postaram się to wyjaśnić, jak ja to odbieram, co widzę.

1. Zrozumienie - bez tego ani rusz. Co nam po związku, gdzie jedna strona nie rozumie drogiej, i na odwrót? Ciężko sie dogadać w jakiejkolwiek sprawie, czy dojść do innego kompromisu. Czasem warto postawić się w sytuacji drugiej osoby, spróbować zrozumieć jej tok myślenia. Ale też należy w przystępny sposób przedstawić swoją stronę. Nie zawsze to co mówimy, pokrywa się z zachowaniem, tonacją. Wydaje nam się, że mówimy wszystko prosto i najbardziej zrozumiale jak się da. Lecz nie wiemy, jak odbiera, jak myśli, jakie ma odczucia druga osoba. To co dla nas jest oczywiste, niekoniecznie musi być oczywiste dla naszego partnera. W konwersacji, nie tylko ważne są słowa. Liczą się też gesty, mimika, sposób tej wypowiedzi, zachowanie. Każdy najmniejszy szczegół jest ważny, pomocny, by lepiej zrozumieć intencje drugiej osoby. Nie zawsze prostolinijność jest najlepszym wyjściem. 

2. Dwustronne zainteresowanie - według mnie, ślepe podążanie za schematami, brak podejmowania jakiejkolwiek inicjatywy oraz zero jakiejś kreatywności są jednymi z głównych zabójców związków. Ciężko stworzyć udany związek, gdy wszystkie próby kontaktu, rozmowy czy bliskości wynikają tylko z jednej strony. W pewnym momencie, wszystkiego się odechciewa. Kiedy tylko jedna osoba wychodzi z inicjatywą, ciężko mówić o związku. To raczej takie ślepe wierzenie, że druga osoba w końcu zacznie coś robić, by dbać o relację. Wszystkie związki i osoby, które znam, miałam okazję o tym rozmawiać, nie są jednostronne. W każdym przypadku, działania te są w dwie strony. Kiedy jedna osoba nie daje rady z obowiązkami, to druga pomaga. Obydwie osoby dbają o siebie, starają się o relację, niezależnie od stażu, od początku przez cały czas. Nie rozumiem, jak to może spoczywać tylko na jednej stronie takiego układu. Przeciążenie psychiczne w takim wypadku jest nieuniknione i to również prowadzi do końca takiego związku. Po co siedzieć, męczyć się i stresować, głowiąc się nad tym, jak udobruchać drugą osobę, jak sprawić jej przyjemność miłą, drobną rzeczą, co powiedzieć jej miłego... gdy nie otrzymujemy totalnie nic od takiej osoby? To zniechęca, do kontynuacji starań, a co za tym idzie - końca relacji. Okazujmy to zainteresowanie i takie drobne gesty, bo to może być game changer. Czasem więcej zainteresowania potrafią okazać przypadkowe osoby w internecie, niż nasza druga połówka. To jest bardzo przykre.

3. Bliskość - temat, który dotyka mnie najbardziej w mojej relacji. Jak mam być szczera, czuję się po prostu obrzydliwie. Jak nic nie znaczące gówno przyczepione do buta, którego usilnie próbujemy się pozbyć. Wchodzę teraz w personalne sfery, ponieważ to bardzo istotne dla mnie. Wyobraźcie sobie związek, gdzie jedna osoba łaknie bliskości, czy to drobnej czy bardziej intymnej. A druga połówka to ignoruje, traktuje Was jak gosposie, współlokatorkę czy inną koleżankę. Nie jak dziewczynę - czyli osobę bliska, z którą planujecie dalsze życie, założenie rodziny. Tak totalnie szczerze - wyobrażacie sobie zakładanie rodziny bez seksu? Wyobrażacie sobie, ciągłe odrzucanie waszej bliskości przez partnera? Osobiście, to ciężko mi to ogarnąć moim zmęczony mózgiem. Rozumiem sytuacje kryzysowe, ale gdy to nagminnie się powtarza przez dwa lata, to ciężko mówić o normalnej relacji. Szczególnie, gdy jesteście w młodym wieku. Wieku, w którym najbardziej domagacie się fizyczności, a Wasz hormony buzują i sieją spustoszenie w psychice i ciele. To jest jedna z potrzeb fizjologicznych, które niespełniane, potrafią tworzyć niezły burdel w głowie. Jak można myśleć o sobie w pozytywny sposób, gdy druga osoba ignoruje i umniejsza Waszym potrzebom? Nie rozumiem, a chyba nawet już nie chce zrozumieć, jak można mówić komuś "kocham" czy być właśnie w dłuższej relacji, i unikać dotyku tej osoby? Dla mnie to jest niepojęte. Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze nie zmieniamy naszego poglądu na drugą osobę. Tylko właśnie zmieniam nasz własny obraz. W głowie kłebią się tysiące myśli i pytań. Dlaczego tak, co zrobiłam nie tak, czy coś ze mną nie tak, powiedziałam coś nie tak, głupio się zachowałam, czy wymagam za wiele, czy jestem zaniedbana, zapuszczona, czy odrzucam partnera, czy jestem obrzydliwa.... Tych pytań mogłabym wymieniać a wymieniać. Znam je na pamięć z autopsji. Odpowiedzi na powyższe, nie mogą być pozytywne. Nie da się, patrząc na stan rzeczy. Na to, jak to wyglądało wcześniej, jak wygląda obecnie i jaka przyszłość się zapowiada. Gdzie w tej gonitwie myśli, kłębku rzuconych pytań, jest jedno zasadnicze pytanie. Dlaczego to sobie robię i to znoszę, cierpię? Czasem lepiej odpuścić i wycofać się z takiej relacji, niż na siłę próbować to ratować z mizernym skutkiem. 

Myślę, ze przedstawiłam dosyć szczegółowo moje myśli. W pewien sposób, potrzebowałam zebrać to wszystko do kupy, przelać na klawiaturę i przemyśleć wszystko raz jeszcze. Jakoś lepiej się teraz czuję, potrzebowałam takiego upustu emocji właśnie tutaj. pewnie nad ranem, przeczytam to wszystko jeszcze raz. Ale jedno jest pewne - Nie mam zamiaru dłużej cierpieć.


poniedziałek, 1 lipca 2024

Brak motywacji.

Ciągle tu wracam z myślami, ze świadomością, że kiedyś to pisałam i niejako traktowałam jak swoją terapię. Od dłuższego czasu uczęszczam na prawowitą terapię, ale niedługo to się zmieni. Kończy mi się czas na to i możliwość dalszego uczęszczania tam. Z jednej strony się cieszę, że pewien etap będzie za mną. Z drugiej strony, czuję niedosyt, czy wszystko przepracowałam na niej i czy jakkolwiek będzie to miało przełożenie w dalszym ciągu, w niedalekiej przyszłości. Od ostatniego posta dużo się zmieniło, zresztą - to było prawie rok temu. Jedyne co się nie zmieniło, to moje niektóre myśli, które bezskutecznie próbowałam przepracować na tej wspomnianej wyżej terapii. Ale dzisiaj nie o moich myślach, nie będę tego dzisiaj powielać i rozwijać. Ale jakoś dzisiaj chciałam coś napisać o motywacji. Nikt tego nie czyta, ale lubię pisać i to w pewnym stopniu wyzwala jakąś energię i siłę we mnie. Po prostu piszę i ciągnę sobie to dalej, mogę sama na chłodno to ogarnąć i jakkolwiek na to spojrzeć po czasie. Może mnie to zmotywuje jakoś do dalszego życia i prób. 
Właśnie dzisiaj, będzie temat o motywacji, która cały czas gaśnie i zanika. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć, abym zaczęła czuć tą motywację. W październiku 2023 r. znalazłam pierwszą pracę, straciłam ją w grudniu. Następnie w marcu znalazłam kolejną pracę, ale w czerwcu się zwolniłam przez brak wynagrodzenia. Niedługo zacznę kolejną pracę. Jestem zdeterminowana, by ją utrzymać, ale jednak nie mam motywacji by to robić. Nawet nie potrafię tego sensownie wytłumaczyć czy zobrazować. To dla mnie problematyczne. Nie mam motywacji do życia, związku, pracy. Nawet do utrzymania swojego mieszkania. Nie potrafię się zebrać w sobie i robić coś więcej niż niezbędne minimum, by jakoś egzystować. Nie wiem czym to jest spowodowane. Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Jestem już po prostu zmęczona i jakoś wypalona. Czuję się wypalona, jeśli chodzi o życie. Brzmi to dziwnie i jednocześnie irracjonalnie, ale tak to wygląda. Nie wiem co mogłabym zrobić, by odzyskać tą motywację i jakkolwiek ruszyć do przodu. Utknęłam w takim martwym punkcie i jakoś nie widzę wyjścia, nie widzę takiego światełka w tunelu. Weszłam w ciemną, zaśmierdziałą uliczkę, rozłożyłam gazety i siedzę. Nie potrafię wstać i znaleźć innego wyjścia. Jestem w takim punkcie życia, że wolałabym już tam siedzieć i zgnić samoistnie lub z własną pomocą. Najlepiej to zgnić od razu i skończyć to przedstawienia i próby jakiegokolwiek normalnego funkcjonowania. Nie wiem za bardzo, czy byłabym w stanie ot tak to skończyć. Niby mnie coś blokuje, ale te blokady powoli słabną i czuję, ze jestem coraz bardziej skłonna do takiego wyjścia. Jedyne wyjście, nie wiem czy najlepsze, ale jednak nie jestem w stanie zlokalizować innego rozwiązania. Nie wiem już co zrobić. Kolejny raz do szpitala nie chce i nawet nie mogę sobie na to pozwolić. To jest gorsze obciążenie psychiczne niż ciche łkanie i umieranie we własnym mieszkaniu. Z łatwością się o tym wypowiadam, nie czuję lęku czy strachu. To brzmi jak pewnego rodzaju bezsilność i rezygnacja. Po prostu mam dość. Mam dość i sobie nie radzę z przebiegiem własnego życia i tym, jak ono wygląda. Chciałabym je zmienić, ale po prostu nie jestem już w stanie tego naprostować. To po prostu jest za trudnym wyzwaniem dla mnie i po prostu już nie umiem. Brakuje mi tej motywacji. ta motywacja została zastąpiona rezygnacją i brakiem sił do czegokolwiek. Nie umiem nawet już składnie i z wdziękiem składać poprawnych zdań i myślę, że więcej tutaj błędów językowych i interpunkcyjnych, niż kropel w kałuży. Zatraciłam swoje umiejętności pisania i barwnego, plastycznego obrazowania moich myśli.

Chciałabym odnaleźć motywację i jakoś ruszyć do przodu, ale po prostu już nie umiem. Mimo chęci, to jest nieosiągalne obecnie. I nie wiem czy dam radę wyjść z takiego stanu. Wydaje się, że to kolejna rzecz, która jest niemożliwa i poza moim zasięgiem. Nie wiem już, jak sobie pomóc. Próbuje, staram się. Ale wszystko kończy się fiaskiem i dalej tkwię w plątaninie myśli i negatywnych emocji. Nie potrafię się za dużo cieszyć, czy jakoś okazywać pozytywne emocje. Jak już, nie zawsze jest szczere. Po prostu tak łatwiej zachować pozory i stan, w którym inni mają wyjebane w Ciebie i Twoje problemy. Po co obciążać innych tym? To nie ma większego sensu, wtedy nie dość, że Ty masz te problemy, to jeszcze Twoje otoczenie się tym przejmuje. Więc osobisty problem staje się problemem lokalnym. Według mnie, nie ma to większego sensu w sumie. Po prostu - po co robić pod górę sobie i innym. Lepiej siedzieć samemu ze swoimi myślami niż rozpowiadać i jakoś wplątywać w to innych ludzi. Przez długi czas dzieliłam się tymi problemami z otoczeniem, ale stwierdziłam, że przekroczyłam pewne granice z tym i było to już raczej odbierane jako użalanie się bądź po prostu narzekanie na wszystko i wszystkich wokół. Teraz jestem ze wszystkim sama. Niby mi lżej, niby nie. Lepiej pogadać z kimś i wspólnie to przedyskutować, mogło by się wydawać. Ale jak ma się odmienne zdanie, poglądy, to jest jeszcze gorzej. Szczególnie, jak druga osoba nie ma żadnego podglądu do myśli, emocji i odczuć rozmówcy. Gdyby można by było zajrzeć w to, to na pewno byłoby łatwiej i można by było lepiej wczuć się w rozmowę i lepiej to zrozumieć. Póki nie ma takiej możliwości, to wolę zostawić to dla siebie i po prostu tkwić w tym sama. Ni będę balastem dla innych osób. Z moimi myślami i problemami, ważę jakieś pół tony. Po co przygniatać takim obciążeniem jeszcze kogoś, gdy sama ledwo noszę ten plecak z myślami.

Czuję przytłoczenie swoimi myślami, problemami. Po prostu swoim życiem Mam dość. I to tyle.


czwartek, 3 sierpnia 2023

I'm sorry if I never was good enough for you...

Do tego postu zmotywowała mnie jedna myśl, którą postaram się tutaj rozwinąć. Może nie myśl, co bardziej pytanie, które nieustannie sobie zadaję. Mianowicie: "Czy jestem osobą wystarczającą?" Pytanie to jest bardzo ogólnikowe, ale zmusza do refleksji na wiele tematów. Im bardziej trwam w tym pytaniu, im bardziej poddaje je analizie, tym więcej aspektów życia, w których nie jestem po prostu wystarczająca. Nie ukrywam, jest to paskudne uczucie, które nie ma zamiaru odkleić się od mojego mózgu. Z całą pewnością nie jestem osobą, którą można nazwać samowystarczalną, która sobie jakkolwiek radzi w tym popsutym świecie. Zatracam się w odmętach myśli, które dobitnie mi pokazują, ze po prostu nie spełniam minimalnych wymagań stawianych przez świat czy osoby. Jestem przygniatana warunkami, których nawet nie jestem w stanie poznać i pojąć. Nie wiem co jest ze mną nie tak, tak po prostu. Aczkolwiek wiem, że coś na pewno jest nie tak, patrząc na moją egzystencję i bezpodstawny byt. Coraz częściej neguję siebie i relacje, w których tkwię. Powoli to wszystko przerasta w znaczącym stopniu i nie daje chwili ukojenia. Kiedyś byłam w stanie przyzwalać na pewne zachowania, po prostu czekając i oczekując czegokolwiek. Teraz jestem w dołku psychicznym, gdzie twierdzę, że powodem tych zachowań nie jest druga osoba, jej przeszłość, decyzje czy cokolwiek. Powodem tych zachowań w moją stronę jestem ja sama. Taka jest prawda. Jestem w jednym z bardziej żałosnych punktów w moim życiu, które powoli zwycięża. Wszechobecna anhedonia w moim życiu powoli wytrąca mnie z równowagi i odbiera jakąkolwiek wolę kontynuowania tego kiepskiego przedstawienia. Zdaję sobie sprawę, że nikt nie czyta tego bloga. Ale jakoś wolę to wyrzucić siebie, może jednak ktoś wejdzie i natchnie go refleksja - zupełnie jak mnie podczas pisania tego. To są moje przemyślenia, więc pewnie są bez ładu i składu, zupełnie jak ta batalia, która rozgrywa się za moimi oczami. Coraz to mroczniejsze myśli nawiedzają moja głowę, coraz to ciężej mi udawać, że wszystko gra. 
Ale znowu odbiegłam od tematu, ten post jest poświęcony byciu niewystarczającą, a nie poświęcony temu jak bardzo nienawidzę swojej egzystencji i jak ciężko mi to ukrywać. Tak więc wracając - czuję się jak taki problem, który nigdy nie będzie dla nikogo wystarczający. W sumie jak taka popsuta, zapasowa opona, która jest bo jest, nie jest wystarczająca by się przydać do czegoś i w zasadzie to jest zbędnym balastem i tylko zabiera cenne miejsce, które można poświęcić czemuś innemu, bardziej odpowiadającemu. 
Dlatego też, mam plan, który chcę zrealizować jak najszybciej. Nie chcę, by ludzie męczyli się ze mną i i moimi przywarami, które potrafią dać w kość. Nie chcę być dla nich problemem. Pójdę więc według słów "Śmieci wyniosły się same". Chcę zacząć izolować się od ludzi stopniowo. Chcę ich odciążyć od tego przykrego obowiązku znoszenia mnie i spędzania ze mną czasu. Uważam, że po prostu nie jestem tego warta i lepiej, by poświęcali swój czas na kogoś, kto w jakimkolwiek stopniu będzie warty tego czasu. Na kogoś, kto będzie umiał sprostać wymaganiom, nawet tym, które teoretycznie nie istnieją czy są po prostu niepowiedziane. Ale one są. Nawet nieświadomie się one pojawiają, każdy jakieś ma. Czy to mniejsze czy większe. Jedno jest pewne - ja nie spełniam żadnych w jakiejkolwiek relacji. Dlatego powinnam usunąć się w cień, a najlepiej zamienić w 2 litry popiołu oprawionego w tanią urnę. Mówiąc w skrócie, chcę powoli wygaszać aktywne relacje. Tak będzie lepiej dla tych osób, a ja po prostu będę mogła odejść w spokoju. Tylko tego chcę. Chcę ich dobra, ponad swoje. Jestem bezwartościowa, więc mogę zrobić chociaż to, by inni poczuli się lżej. 
Relacje interpersonalne ze znajomymi czy chłopakiem, to nie jedyne relacje, w jakich czuję się nie wystarczająca. Trzeba być naprawdę bezwartościowym człowiekiem, który nic sobą nie oferuje, że nawet nie chcą go do pracy w markecie na wsi. Żałosny punkt życia, który zamknął wszystkie możliwe furtki. No może jedną zostawił uchyloną, tj. pod ładną nazwą na "S". Kończą się pomysły na poprawę jakości życia, czy w ogóle jakąkolwiek poprawę czegokolwiek, jeśli chodzi o mnie.
Coraz ciężej mi wszystko poukładać i posegregować. Z tego też powodu, chcę po prostu odciąć ludzi od tego zbyt ciężkiego bagażu z plakietką "Ona". Chcę wygaszać powoli relacje. Nie wiem czy to będzie dobra decyzja, czy nie bardzo. Okaże się za jakiś czas. W niektórych nie czuję się za dobrze, mam uczucie bycie niewystarczalną. Chcę po prostu zrobić miło w mózg dla osób, na których najbardziej mi zależy i znaczą dla mnie najwięcej. Uważam, że tak będzie dla nich lepiej. To brzmi bardzo abstrakcyjnie, że najbardziej mi na nich zależy i uciekam. Aczkolwiek robię to dla ich dobra. By nie musieli czuć się uwiązani z życiem psychicznej nastolatki. By zaczęli przeznaczać czas i pieniądze na wartościowe, ciekawe osoby. Bardziej cenię inne osoby niż siebie. Chciałabym, by w końcu odetchnęli z ulgą, że to nie oni musieli to robić i nie muszą tego dalej ciągnąć z litości. Sprzątam po sobie, po tym kuku jakie nieświadomie zrobiłam innym. Czy to moimi problemami, pretensjami czy chęcią jakiegoś zaistnienia w ich życiu. Niestety nie byłam "enough" by cokolwiek zdziałać. Tak będzie lepiej. Chciałabym na coś zasługiwać po prostu, ale wiem, że to niemożliwe. Jestem kłębkiem myśli, które nie oferują sobą dosłownie nic. Nie chcę zatrzymywać w rozwoju tych wartościowych osób, z którymi ja miałam przyjemność obcować. Oni ze mną - nie bardzo. Nie zdziwię się, jak swoim ciągłym użalaniem się, zrobiłam i swego rodzaju rysę na psychice i odbiłam negatywne piętno. Jestem osobą, która praktycznie zawsze narzeka a nigdy się nie cieszy. W każdej sytuacji odnajduję coś złego, coś, co nie pozwala mi się cieszyć z niczego. A swoimi myślami i problemami obarczam innych i tylko o tym mówię. Jestem naprawdę żałosnym i nudnym człowiekiem, że jedyne o czym umiem i mogę w zasadzie powiedzieć to to, że jest u mnie chujowo i znowu coś złego się wydarzyło. 

Nie daję rady, poddaję się z relacjami i ludźmi. Znikam dla ich dobra. Usuwam się dla nich. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi. Chcę by odpoczęli ode mnie.

wtorek, 1 sierpnia 2023

Stop thinking. You breaking your own heart...

Nadal nic się w sumie nie zmieniło, jeśli chodzi o procesy myślowe u mnie. Cały czas, albo mam natłok myśli i bez przerwy coś analizuję, albo mam pustkę w głowie. W zasadzie częściej się zdarza, że jest to nieustająca gonitwa myśli. Jedna myśl popycha drugą i powoli zatracam się w tej reakcji łańcuchowej. Jest to trudne do ogarnięcia dla mnie, a co dopiero dla osób postronnych. Nie radzę sobie, bo tkwię w jednej wielkiej spirali myśli. Nie potrafię cieszyć się z niczego. Z pozornie pozytywnej rzeczy potrafię wytworzyć o wiele więcej negatywnych myśli i aspektów. Nie mam pojęcia jak to działa i dlaczego tak się dzieje. Znacząco utrudnia mi to normalnie funkcjonowanie w społeczeństwie. Nie umiem ufać ludziom już. Nie umiem wierzyć im w to co mi mówią. Czy to pozytywne rzeczy, czy zapewnienia. Wszędzie widzę intrygi, kłamstwo i czyhanie na moje życie. Jest to bardzo ciężkie. Ale wydaje mi się, że po prostu bardzo analitycznie i realistycznie podchodzę do tematów, które przewijają się w moich zwojach. Widzę podstęp w słowach innych osób, które bezpośrednią dotyczą mojej osoby. Mam wrażenie, że nikt nie chce mi pomóc uporać się z trudną sytuacją. Próby, jakie są stosowane w moją stronę, kończą się fiaskiem i w zasadzie czuję się gorzej. Nie umiem sobie praktycznie z niczym poradzić w pojedynkę, nie jestem w stanie podejmować racjonalnych decyzji. I w dodatku, gdy ktoś próbuje mi pomóc i popchnąć mnie do przodu, odbieram to negatywnie. Jakby moja beznadzieja wkurwiała już innych i jakbym tworzyła pewnego rodzaju problem. Jestem zapewniana, że problemem nie jestem, ale czasem rozwój sytuacji i co za tym idzie moje myśli dają mi do zrozumienia, że jest całkiem inaczej. Coraz bardziej myślę o tym, by zniknąć bez słowa i odciąć się dosłownie od wszystkich. Chciałabym się odizolować i uporządkować wszystkie szufladki w głowie. Panuje tam wielki zamęt. Wszystko jest ubrudzone czarną farbą i posypane kurzem. Moja głowa to ciemne i takie podgnite od wilgoci miejsce. Przydałaby się tam firma sprzątająca, która doprowadzi to miejsce do ładu i jakoś posegreguje te wszystkie dokumenty i wspomnienia. Tylko nie wiem kto lub co mogłoby być taką firmą sprzątającą u mnie. Moich najbliższych osób wolę nie denerwować moimi kolejnymi problemami i myślami. Boję się z nimi o tym rozmawiać, że zmienią o mnie zdanie, że jestem psychiczna i wszystkich stracę. Z jednej strony uważam, że to dla nich mogłoby być pewnego rodzaju ukojenie i takie odetchnięcie z ulgą. Mieli by dobry powód, by zostawić moje istnienie samej sobie. Ale z drugiej - byłaby to szpilka w moim sercu, że mnie zostawili, bo im zaufałam, mimo problemów z owym zaufaniem. Wolę nic nie mówić już chyba, dość im natrułam odnośnie mojego żywota i jakie ono jest tragiczne i bezwartościowe. Boję się, że niedługo przeleję czarę goryczy i znowu zostanę sama w czterech ścianach. Że powiem parę słów i myśli za dużo. I tak już mam wrażenie, że niektórzy słyszą moje myśli. Z tego też powodu, mam wrażenie, że u każdego mam już popsutą relację, bo odkopali jakoś moje myśli i zobaczyli jak zniszczonym i paskudnym miejscem jest moja głowa. Nikt przecież nie chce się zadawać z osobą, która prezentuje sobą jedynie zgniliznę i nosi maski, by nie martwić i wkurwiać innych. Przykładanie tych masek to taka forma reakcji obronnej, a nie forma braku szczerości. Moje maski to nie jest kłamstwo, gdyby dłużej się nad tym pochylić. Jest to reakcja obronna, ponieważ gdy pokazuję, że jest względnie dobrze i jako-tako się trzymam, ludzie nie mają możliwości by wrzucić mi kolejne kłamstwa, by wypełnić worek pod nazwą "nadzieja". Gdy myślą, że jest dobrze, nie wykorzystują mojego momentu kryzysu. Być może moje ostatnie "działania" (jakkolwiek inaczej to nazwać) miały wpływ na to, jak teraz odbieram rzeczywistość i jak bardzo wszystko analizuję. Ludzie dosyć dobitnie mi pokazali, że w momencie, gdy podejmuje pierwszą odpowiedzialną decyzję łatwo jest mną manipulować. Kilka miłych słów, teoretyczne zrozumienie swoich błędów i obietnica złotych gór, byleby wzbudzić we mnie jakąkolwiek nadzieję na lepsze jutro, lepsze życie. Z biegiem czasu poczułam na własnej skórze, że były to tylko obłudne kłamstwa bez krzty przełożenia w czynach, realizacji i dotrzymania słowa. W pewnym sensie było to dla mnie takim sygnałem, że w zasadzie to ludzie mają wyjebane w moją egzystencję. No i stwarzają pozory, ze im na mnie zależy, że cokolwiek znaczę i jakkolwiek jestem ważna. Chwilowy moment zmiany, w sensie zapewnienie o niej, po czym wracamy do punktu wyjścia, nic się nie zmienia. To uderza ze zdwojoną siłą w niektórych przypadkach. Ile można dzierżyć takie puste słowa, które przeczą czynom? Ile można wytrzymywać uczucie bycia ciężarem dla innych, uczucie byciem odrzutkiem społecznym? Wykańcza to psychicznie i wprowadza taką anhedonię do życia. To jest dosyć ciężkie do przetworzenia i jakiegokolwiek pozytywnego odbioru. Ciemne myśli wypełnione paletą szarości sprawiają, że nie potrafię się cieszyć. Każde mile słowo, rozbijam na setki negatywnych pytań i odpowiedzi. Moje życie to ciągła analiza. Wydaje mi się, że jestem osobą nadwydajną mentalnie. Ale czy to prawda to nie wiem. Nawet sama sobie nie umiem zaufać. To już dosyć poważne zjawisko. Czasem czuję się rozszczepiona na kilka mniejszych jednostek osobowych i oderwana od rzeczywistości. Każda z tych jednostek toczy bitwę z inną. Coś na zasadzie, że serce to jedna postać, mózg to druga. Nie potrafię tego wyjaśnić. Moje myśli same ze sobą się sprzeczają i jest coraz gorzej. Gdy dociera do mnie sprzeczności własnych myśli, mam trudność by określić, która jest tą prawdziwą, która jest mi i prawdzie najbliższa. Ciężko jest by czuć inne uczucia, gdy jestem wystawiana na tabuny myśli i tętent kłamstw, który wgniatają mnie w ziemię. Zaczynam sobie nie radzić z własną psychiką, która wystawia mnie na wiele prób. Często nie mam podstaw, by twierdzić, że jest dobrze, że ktoś ma dobre intencje wobec mnie, że jest ze mną szczery. Podważam wszystko, widzę niespójność w słowach i gestach, wyłapuję każdą małą zmianę w energii, którą od kogoś otrzymuję. Nie wiem co się dzieje.
Czasem czuję się jak taki popękany dzbanek wypełniony po brzegi negatywami, gdzie niektórzy jeszcze dolewają swoją frustrację i powody, przez które myślę, że nie jestem wystarczająca by kontynuować swój żywot. Z dzbanka tego powoli ta czarna breja się wylewa, brudzi stół, podłogę. I zastyga, będąc dalej obecną w otoczeniu i powietrzu. I tak to wszystko się nawarstwia pozostawiając plamy i okruchy w atmosferze. Chciałabym jakoś opróżnić ten dzbanek i zapełnić świeżymi kwiatami, które faktycznie dają mi nadzieję i są w pełni pozytywne. Ale póki co, wszystko zmierza w kierunku tego, że niesforny kot strąci ten dzbanek na kafelki i potrzaska się na setki odłamków.
Przyczepiłam się tego naczynia, ale to chyba najlepsze zobrazowanie tego, jak to wygląda, jak to odczuwam, a jak chciałabym odczuwać. Sama dobijam się własnymi myślami, mimo, że czasem są po prostu irracjonalne i kompletnie oderwane od sytuacji. Ale i tak wypełniają mi głowę i po prostu im wierzę. Jestem więźniem własnego umysłu i łamię swoje własne serce. Nie potrafię tego naprawić i zmienić. Sama sobie wbijam kołki w serce i dokładam kolejne powody, dlaczego moja egzystencja jest tylko marnym zajmowaniem przestrzeni i wypuszczaniem dwutlenku węgla w atmosferę. Nic sobą nie reprezentuję, ani nie oferuję. Nie robię nic pożytecznego. Teoretycznie jestem w pełni sprawna, ale czuję się jak warzywo, które nie potrafi być samodzielne. Powoli mam dość i coraz ciężej mi trzymać się liny by nie spaść całkiem na dno. Przytłacza mnie to i czuję obciążenie. 

Jest ciężko, jest byle jak. Te słowa najlepiej podsumowują moją obecność na tym świecie. Jestem coraz bardziej wiotka i nie potrafię ustać, a co dopiero zrobić krok w przód. Na zasadzie Syzyfowej pracy. Staram się, próbuję, myślę, że jestem blisko celu... ale znowu się staczam jeszcze niżej, niż kiedy zaczynałam swoje starania. A kamień mnie jeszcze wgniata w glebę, i nie potrafię się z niej wygrzebać.

poniedziałek, 31 lipca 2023

Powrót po 3 latach?

Zawsze pamiętałam o tym, że tworzyłam tego bloga. Wysiliłam się i napisałam aż 4 posty. Wow, I'm impressed. Postanowiłam, że wrócę do tego. Doszłam do wniosku, że pisanie wyzwala jakieś emocje we mnie. Jest takim ukojeniem dla starganej duszy, która nie zaznała spokoju w realności i przelewa swoją frustrację na "papier". W ostatnim czasie, jak byłam w szpitalu, to zapisywałam to wszystko w zeszycie. Ale chyba pisanie cyfrowe będzie bardziej trwałe i praktyczne. Uznam to, za taką jednoosobową terapię, gdzie jestem wyłącznie ja wraz z atrybutem zwanym komputerem. Od zawsze kochałam pisać wszelkiego rodzaju treści. Czy to opowiadania, czy pamiętniki, czy bardziej złożone i ambitne teksty jak powieści. Sprawia mi to swego rodzaju frajdę jak i po prostu mogę wrócić do tego i przeczytać swoje myśli na trzeźwo. Dosyć fajne to jest i uważam, że dosyć potrzebne w moim przypadku. "Lubię" analizować wszystkie wypowiedzi, treści jak i po prostu swoje przemyślenia. Lubię zostało umieszczone w cudzysłowie, gdyż zazwyczaj moje analizy kończą się dosyć negatywnie. Wszystko rozbijam na części pierwsze i wyłaniam z tego tylko negatywy. Więc w dużym skrócie nie potrafię się cieszyć z pozornie pozytywnych rzeczy. Uważam, że z czasem potencjalni czytelnicy załapią o co mi chodzi. Czy będą czytelnicy? Z pewnością nie. Jak już to osoby, które wprost otrzymają link do tych moich egzystencjalnych wypocin, w co wątpię, że będzie miało miejsce tak szczerze.

Wypadałoby zrobić spowiedź tego, co działo się u mnie w ostatnich 3 latach, jak to wyglądało, co się zmieniło. Pozwolę sobie zrobić taki spis wydarzeń, sytuacji jak i ich rozwinięć. Nie wiem jak mi to wyjdzie, czy tak jak to zaplanowałam czy jednak nie.

  • SZKOŁA: Ogólnie Covid trwał mniej więcej do 2022 roku. Sporo zdalnych. Miałam dwa egzaminy zawodowe na kierunku technik reklamy. Oba zdane pozytywnie, z dość wysokim wynikiem. Szkołę o dziwo zdałam pomimo frekwencji na poziomie jakichś 25%. Do matury nie podchodziłam, byłoby to dla mnie zbyt duże obciążenie psychiczne, czasowe. Zbyt duża presja ze strony rodziny jak i nauczycieli, Odpuściłam sobie. Od maja 2023 jestem osobą bezrobotną póki co, mam wakacje.
  • PSYCHIKA: Tutaj już mam trochę więcej do opowiedzenia, niż zbitek namacalnych faktów. Ostatnie 3 lata były dla mnie potężnym wyzwaniem, jeśli chodzi o dalszą egzystencję. Może wydawać się to zabawne, bo "Haha, pipka nie daje rady i sie poddaje lolz". Otóż cały czas w zasadzie walczę ze sobą, czy zrobić ostateczny krok w tym kierunku. Nie potrafię się cieszyć z najdrobniejszej rzeczy, żaden aspekt mojego życia mnie nie spełnia ani nie jest wystarczający. Cały czas biorę jakieś leki, są zmieniane, rozpoznanie też nie jest stałe. Tak naprawdę nie wiem co się dzieje ze mną i jakie uszkodzenie kryje się w moim mózgu. Łykam tabletki, ale to mi nie pomaga, jest coraz gorzej i gorzej... W kwietniu 2023 trafiłam na miesiąc na oddział psychiatryczny. Nie żałuję tego pobytu, ale wolałabym tego uniknąć. W perspektywie czasu jest to po prostu miesiąc wyjęty z życia, który nie przyniósł zatrważających rezultatów. Mam silne myśli rezygnacyjne, nie ufam ludziom nawet najbliższym. Nie potrafię nawet leżeć i nie myśleć o tym, że ktoś zaraz przyjdzie i wbije mi nóż w plecy. Boję się swojego otoczenia, wycofuje się społecznie. Jest to męczące nie ukrywam, nie radzę sobie z własnymi myślami i przekonaniami. Widzę, jak bardzo są prawdopodobne i nie mam podstaw by myśleć inaczej. Wolałabym zakończyć to przedstawienie niż ciągnąć to z zgubną nadzieją, że będzie po prostu lepiej, będzie inaczej. 
  • ZWIĄZEK: No tutaj Was zaskoczę. Otóż od przeszło 5 miesięcy jestem w związku. Tylko pytanie, czy jestem w nim szczęśliwa? To dosyć trudne pytanie i jakoś nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na nie tak lub nie. W niektórych aspektach jestem w nim szczęśliwa. Mam z kim spędzać czas, mam z kim popisać czasem... Ale jak teraz tak myślę, to więcej w nim minusów niż plusów. Jestem w nim w pewny sposób odpychana. Rozmawiałam z moim chłopakiem kilka razy o tym, ale nie przynosi to skutku. Coraz częściej mam taką sinusoidę myśli na ten temat. Raz jest to myśl, że jestem niewystarczająca w wielu kwestiach, a czasem jest to myśl, że zasługuję na lepsze traktowanie. Nie, nie jestem bita czy wyzywana. Nie czuję się kochana, nie czuję się istotna. Coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy warto to dalej ciągnąć? Owszem, kocham go. Bardziej niż siebie. Ale to nie jest wystarczający powód by tkwić w relacji, gdzie mam wbijane kołki w serce i w mózg. Lepiej uwolnić się od poczucia bycia gównem i osoby niewartej niczego, niż udawać, ze jest okay. Bardzo mnie to boli. Częściej są momenty, gdy kwestionuje rację bytu tego związku i momenty, kiedy płaczę przez tą relacją, aniżeli momenty, gdy jestem szczęśliwa i spełniona w nim. To wydaje się być skrajnie irracjonalne, że jesteśmy razem ponad 5 miesięcy, a nawet się nie całowaliśmy. To cholernie boli i niszczy moje poczucie własnej wartości. Nie wiem co dalej zrobić z tym faktem. Cały czas myślę i nie wiem co zrobić. 
  • RODZINA: Temat trudny. Tutaj z grubsza opowiem. Słyszę cały czas niewybredne komentarze w moim kierunku. Nawet takie, że mój chłopak jest ze mną z litości. Cholernie to boli, i chciałabym jak najszybciej się od tego uwolnić i wyprowadzić. Niestety jest to obecnie niemożliwe, gdyż jestem bez pracy co sprawia, że to jest poza moim zasięgiem. 
Oprócz tego z ważnych wydarzeń, to byłam w dwóch związkach, które również odbiły piętno na moim mózgu. Jest ciężko. Chciałabym mieć nadzieję "na lepsze jutro", aczkolwiek ta gaśnie coraz bardziej. Nawet myślę, że resztka tej tlącej się nadziei została zadeptana i podlana wodą. Zobaczymy jak to się potoczy. Mam dzisiaj bardzo dużą wenę na pisanie, więc pewnie naskrobię jeszcze jakieś posty.

czwartek, 23 lipca 2020

Miłość sama w sobie jest nie do pojęcia, ale dzięki miłości możemy pojąć wszystko.

Tak jak w tytule, dzisiaj o miłości. Chciałoby się powiedzieć jakie to proste, lekkie i przyjemne. Z jednej strony tak, ale trzeba patrzeć na wszystkie aspekty tego uczucia, jak szeroko niepojęte ono jest. Wiadomo, każdy chciałby kochać i być kochanym, Lecz nie jest to takie proste jakby mogło się wydawać. Pierwszym co jest trudne to odwzajemnione uczucia. Przy tym punkcie trwam i ja, jestem zakochana ale czy to jest odwzajemnione? Powątpiewam, a szkoda. Mogło by być tak pięknie, ale chyba nie będzie niestety. Drugi aspekt - trwanie w tej miłości i bliskość. Chciałabym zostać przytulona, pocałowana, być przy kimś, mieć to oparcie, wsparcie, pomoc. Lecz czy zasługuję na to? Chciałabym zasługiwać równie tak samo jak każda inna osoba. Czemu podaję to jako punkt? Bo może też być wręcz przeciwnie. Mogą być wyzwiska, bicie, druga strona medalu. Może też być brak wsparcia, kłótnie. Trzeba patrzeć na pozytywy i negatywy. Miłość jest bardzo pogmatwana. Może być wyłącznie usłana różami lub może być bardzo nieszczęśliwa. Może też mieć wzloty i upadki. Chyba każda miłość je ma, nie żyjemy w jakimś filmie. Chciałabym przeżywać takie wzloty i upadki, byleby chociaż przez chwilę być w pełni szczęśliwą. Mam wrażenie, że mi brakuje tylko miłości, nic więcej. Nie mam jej z żadnej strony, może tylko dalsza rodzina, a nie najbliższa. Z przyjaciółmi też kiepsko, może mam jedną, zaufaną w 75% osobę. I jestem zupełnie sama.

niedziela, 7 czerwca 2020

co się dzieje w mojej głowie #1

To akurat bardzo ciekawy temat. U mnie albo jest pustka w głowie albo natłok myśli. Nic pomiędzy. A jakie myśli mi towarzyszą? Przeróżne. Ciągłe uczucie bycia obserwowana, śledzoną. Myśli podpowiadające okropne rzeczy, rzeczy niestworzone. To dla mnie norma. Do tego głownie omamy słuchowe i ksobne. Czuję się obserwowana, obracam się, szukam kogoś, kogo nie ma w okolicy. Ciągłe myślenie o śmierci, wyobrażanie, widzenie i czucia krzywdy, ran. Jest to straszne. Biorę leki, ale one mało co pomagają. Nadal to samo. Nie wiem czy naprawdę tak mam czy sobie wmawiam, juz nie odróżniam tego. Łatwo się denerwuję, smucę, myśli zajmują większość mojego czasu. Boję się, że coś sobie zrobię. Wiem, że jestem do tego zdolna, a natrętne myśli nie ułatwiają sprawy. Majac na myśli omamy słuchowe, nie mam na myśli głosów. Chyba ich nie doświadczam, albo nie odróżniam ich od własnych myśli. Mówię tu o dźwiękach stukania, drapania, bzyczenia i ciągłych szumów. Już nie wiem co mi się wydaje, a co jest naprawdę. Jestem taka odczepiona od rzeczywistości. Nie wiem jak długo będę mogla tak funkcjonować. W najgorszym przypadku trafię do szpitala. A tego się boję i to bardzo. Na samą myśl mam ciarki. Juz raz tam byłam, może tym razem by było gorze, może lepiej... Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć. Oby tak się nie stało. 
W tym miesiącu mam wizytę i chyba wtedy się wszystkiego dowiem. Już mi serce wali i sie stresuję. Nie wiem co powiedzieć, a czego lepiej nie mówić. Nie wiem o co zapyta, co powie. Boję się je trochę, jest straszna. Ale oby mi pomogła jak najlepiej. Co do leków to mam kilka efektów ubocznych. Wolałabym mieć inne leki, takie które pomogą. Ja wiem, że potrzebuję pomocy, ale nie wiem czy będę potrafiła ją przyjąć. Wiem, że to dla mojego dobra, ale czy na to zasługuję i mi się należy? Jest duzo osób bardziej potrzebujących ode mnie. Muszę dać sobie sama radę, ale czy tak będzie? Nie mam pojęcia i nie wiem czy sie dowiem.
Ostatnio chciałam popełnić samobójstwo. Ale nie wyszło, bo w przypływie emocji powiedziałam o tym rodzicom i to udaremnili. Od tamtego czasu jest coraz gorzej ze mną.  A rodzice? w dzień tej "próby" byli dla mnie nie mili, uszczypliwi. Gdy mówiłam im o tym, że chcę się zabić wyśmiali mnie i to zbagatelizowali, dopóki nie zabarykadowałam się w pokoju. Usłyszałam wtedy na to "O, jeden telefon wiecej". Zabolało mnie to niesamowicie, i poryczałam się. Nie wiem czemu śmiałam się podczas płaczu. Dziwne. Jestem ciekawa czy jakbym sobie zrobiła cos poważnego, spróbowała się zabić, to czy by w ogóle zareagowali na to. Szczerze to wątpię. 
Taki dłuższy post, niedługo będzie kontynuacji i co się zmieniło. 

Pozdrawiam,
Kinga.