Do tego postu zmotywowała mnie jedna myśl, którą postaram się tutaj rozwinąć. Może nie myśl, co bardziej pytanie, które nieustannie sobie zadaję. Mianowicie: "Czy jestem osobą wystarczającą?" Pytanie to jest bardzo ogólnikowe, ale zmusza do refleksji na wiele tematów. Im bardziej trwam w tym pytaniu, im bardziej poddaje je analizie, tym więcej aspektów życia, w których nie jestem po prostu wystarczająca. Nie ukrywam, jest to paskudne uczucie, które nie ma zamiaru odkleić się od mojego mózgu. Z całą pewnością nie jestem osobą, którą można nazwać samowystarczalną, która sobie jakkolwiek radzi w tym popsutym świecie. Zatracam się w odmętach myśli, które dobitnie mi pokazują, ze po prostu nie spełniam minimalnych wymagań stawianych przez świat czy osoby. Jestem przygniatana warunkami, których nawet nie jestem w stanie poznać i pojąć. Nie wiem co jest ze mną nie tak, tak po prostu. Aczkolwiek wiem, że coś na pewno jest nie tak, patrząc na moją egzystencję i bezpodstawny byt. Coraz częściej neguję siebie i relacje, w których tkwię. Powoli to wszystko przerasta w znaczącym stopniu i nie daje chwili ukojenia. Kiedyś byłam w stanie przyzwalać na pewne zachowania, po prostu czekając i oczekując czegokolwiek. Teraz jestem w dołku psychicznym, gdzie twierdzę, że powodem tych zachowań nie jest druga osoba, jej przeszłość, decyzje czy cokolwiek. Powodem tych zachowań w moją stronę jestem ja sama. Taka jest prawda. Jestem w jednym z bardziej żałosnych punktów w moim życiu, które powoli zwycięża. Wszechobecna anhedonia w moim życiu powoli wytrąca mnie z równowagi i odbiera jakąkolwiek wolę kontynuowania tego kiepskiego przedstawienia. Zdaję sobie sprawę, że nikt nie czyta tego bloga. Ale jakoś wolę to wyrzucić siebie, może jednak ktoś wejdzie i natchnie go refleksja - zupełnie jak mnie podczas pisania tego. To są moje przemyślenia, więc pewnie są bez ładu i składu, zupełnie jak ta batalia, która rozgrywa się za moimi oczami. Coraz to mroczniejsze myśli nawiedzają moja głowę, coraz to ciężej mi udawać, że wszystko gra.
Ale znowu odbiegłam od tematu, ten post jest poświęcony byciu niewystarczającą, a nie poświęcony temu jak bardzo nienawidzę swojej egzystencji i jak ciężko mi to ukrywać. Tak więc wracając - czuję się jak taki problem, który nigdy nie będzie dla nikogo wystarczający. W sumie jak taka popsuta, zapasowa opona, która jest bo jest, nie jest wystarczająca by się przydać do czegoś i w zasadzie to jest zbędnym balastem i tylko zabiera cenne miejsce, które można poświęcić czemuś innemu, bardziej odpowiadającemu.
Dlatego też, mam plan, który chcę zrealizować jak najszybciej. Nie chcę, by ludzie męczyli się ze mną i i moimi przywarami, które potrafią dać w kość. Nie chcę być dla nich problemem. Pójdę więc według słów "Śmieci wyniosły się same". Chcę zacząć izolować się od ludzi stopniowo. Chcę ich odciążyć od tego przykrego obowiązku znoszenia mnie i spędzania ze mną czasu. Uważam, że po prostu nie jestem tego warta i lepiej, by poświęcali swój czas na kogoś, kto w jakimkolwiek stopniu będzie warty tego czasu. Na kogoś, kto będzie umiał sprostać wymaganiom, nawet tym, które teoretycznie nie istnieją czy są po prostu niepowiedziane. Ale one są. Nawet nieświadomie się one pojawiają, każdy jakieś ma. Czy to mniejsze czy większe. Jedno jest pewne - ja nie spełniam żadnych w jakiejkolwiek relacji. Dlatego powinnam usunąć się w cień, a najlepiej zamienić w 2 litry popiołu oprawionego w tanią urnę. Mówiąc w skrócie, chcę powoli wygaszać aktywne relacje. Tak będzie lepiej dla tych osób, a ja po prostu będę mogła odejść w spokoju. Tylko tego chcę. Chcę ich dobra, ponad swoje. Jestem bezwartościowa, więc mogę zrobić chociaż to, by inni poczuli się lżej.
Relacje interpersonalne ze znajomymi czy chłopakiem, to nie jedyne relacje, w jakich czuję się nie wystarczająca. Trzeba być naprawdę bezwartościowym człowiekiem, który nic sobą nie oferuje, że nawet nie chcą go do pracy w markecie na wsi. Żałosny punkt życia, który zamknął wszystkie możliwe furtki. No może jedną zostawił uchyloną, tj. pod ładną nazwą na "S". Kończą się pomysły na poprawę jakości życia, czy w ogóle jakąkolwiek poprawę czegokolwiek, jeśli chodzi o mnie.
Coraz ciężej mi wszystko poukładać i posegregować. Z tego też powodu, chcę po prostu odciąć ludzi od tego zbyt ciężkiego bagażu z plakietką "Ona". Chcę wygaszać powoli relacje. Nie wiem czy to będzie dobra decyzja, czy nie bardzo. Okaże się za jakiś czas. W niektórych nie czuję się za dobrze, mam uczucie bycie niewystarczalną. Chcę po prostu zrobić miło w mózg dla osób, na których najbardziej mi zależy i znaczą dla mnie najwięcej. Uważam, że tak będzie dla nich lepiej. To brzmi bardzo abstrakcyjnie, że najbardziej mi na nich zależy i uciekam. Aczkolwiek robię to dla ich dobra. By nie musieli czuć się uwiązani z życiem psychicznej nastolatki. By zaczęli przeznaczać czas i pieniądze na wartościowe, ciekawe osoby. Bardziej cenię inne osoby niż siebie. Chciałabym, by w końcu odetchnęli z ulgą, że to nie oni musieli to robić i nie muszą tego dalej ciągnąć z litości. Sprzątam po sobie, po tym kuku jakie nieświadomie zrobiłam innym. Czy to moimi problemami, pretensjami czy chęcią jakiegoś zaistnienia w ich życiu. Niestety nie byłam "enough" by cokolwiek zdziałać. Tak będzie lepiej. Chciałabym na coś zasługiwać po prostu, ale wiem, że to niemożliwe. Jestem kłębkiem myśli, które nie oferują sobą dosłownie nic. Nie chcę zatrzymywać w rozwoju tych wartościowych osób, z którymi ja miałam przyjemność obcować. Oni ze mną - nie bardzo. Nie zdziwię się, jak swoim ciągłym użalaniem się, zrobiłam i swego rodzaju rysę na psychice i odbiłam negatywne piętno. Jestem osobą, która praktycznie zawsze narzeka a nigdy się nie cieszy. W każdej sytuacji odnajduję coś złego, coś, co nie pozwala mi się cieszyć z niczego. A swoimi myślami i problemami obarczam innych i tylko o tym mówię. Jestem naprawdę żałosnym i nudnym człowiekiem, że jedyne o czym umiem i mogę w zasadzie powiedzieć to to, że jest u mnie chujowo i znowu coś złego się wydarzyło.
Nie daję rady, poddaję się z relacjami i ludźmi. Znikam dla ich dobra. Usuwam się dla nich. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi. Chcę by odpoczęli ode mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz