Ariana | Blogger | X X

poniedziałek, 1 lipca 2024

Brak motywacji.

Ciągle tu wracam z myślami, ze świadomością, że kiedyś to pisałam i niejako traktowałam jak swoją terapię. Od dłuższego czasu uczęszczam na prawowitą terapię, ale niedługo to się zmieni. Kończy mi się czas na to i możliwość dalszego uczęszczania tam. Z jednej strony się cieszę, że pewien etap będzie za mną. Z drugiej strony, czuję niedosyt, czy wszystko przepracowałam na niej i czy jakkolwiek będzie to miało przełożenie w dalszym ciągu, w niedalekiej przyszłości. Od ostatniego posta dużo się zmieniło, zresztą - to było prawie rok temu. Jedyne co się nie zmieniło, to moje niektóre myśli, które bezskutecznie próbowałam przepracować na tej wspomnianej wyżej terapii. Ale dzisiaj nie o moich myślach, nie będę tego dzisiaj powielać i rozwijać. Ale jakoś dzisiaj chciałam coś napisać o motywacji. Nikt tego nie czyta, ale lubię pisać i to w pewnym stopniu wyzwala jakąś energię i siłę we mnie. Po prostu piszę i ciągnę sobie to dalej, mogę sama na chłodno to ogarnąć i jakkolwiek na to spojrzeć po czasie. Może mnie to zmotywuje jakoś do dalszego życia i prób. 
Właśnie dzisiaj, będzie temat o motywacji, która cały czas gaśnie i zanika. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć, abym zaczęła czuć tą motywację. W październiku 2023 r. znalazłam pierwszą pracę, straciłam ją w grudniu. Następnie w marcu znalazłam kolejną pracę, ale w czerwcu się zwolniłam przez brak wynagrodzenia. Niedługo zacznę kolejną pracę. Jestem zdeterminowana, by ją utrzymać, ale jednak nie mam motywacji by to robić. Nawet nie potrafię tego sensownie wytłumaczyć czy zobrazować. To dla mnie problematyczne. Nie mam motywacji do życia, związku, pracy. Nawet do utrzymania swojego mieszkania. Nie potrafię się zebrać w sobie i robić coś więcej niż niezbędne minimum, by jakoś egzystować. Nie wiem czym to jest spowodowane. Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Jestem już po prostu zmęczona i jakoś wypalona. Czuję się wypalona, jeśli chodzi o życie. Brzmi to dziwnie i jednocześnie irracjonalnie, ale tak to wygląda. Nie wiem co mogłabym zrobić, by odzyskać tą motywację i jakkolwiek ruszyć do przodu. Utknęłam w takim martwym punkcie i jakoś nie widzę wyjścia, nie widzę takiego światełka w tunelu. Weszłam w ciemną, zaśmierdziałą uliczkę, rozłożyłam gazety i siedzę. Nie potrafię wstać i znaleźć innego wyjścia. Jestem w takim punkcie życia, że wolałabym już tam siedzieć i zgnić samoistnie lub z własną pomocą. Najlepiej to zgnić od razu i skończyć to przedstawienia i próby jakiegokolwiek normalnego funkcjonowania. Nie wiem za bardzo, czy byłabym w stanie ot tak to skończyć. Niby mnie coś blokuje, ale te blokady powoli słabną i czuję, ze jestem coraz bardziej skłonna do takiego wyjścia. Jedyne wyjście, nie wiem czy najlepsze, ale jednak nie jestem w stanie zlokalizować innego rozwiązania. Nie wiem już co zrobić. Kolejny raz do szpitala nie chce i nawet nie mogę sobie na to pozwolić. To jest gorsze obciążenie psychiczne niż ciche łkanie i umieranie we własnym mieszkaniu. Z łatwością się o tym wypowiadam, nie czuję lęku czy strachu. To brzmi jak pewnego rodzaju bezsilność i rezygnacja. Po prostu mam dość. Mam dość i sobie nie radzę z przebiegiem własnego życia i tym, jak ono wygląda. Chciałabym je zmienić, ale po prostu nie jestem już w stanie tego naprostować. To po prostu jest za trudnym wyzwaniem dla mnie i po prostu już nie umiem. Brakuje mi tej motywacji. ta motywacja została zastąpiona rezygnacją i brakiem sił do czegokolwiek. Nie umiem nawet już składnie i z wdziękiem składać poprawnych zdań i myślę, że więcej tutaj błędów językowych i interpunkcyjnych, niż kropel w kałuży. Zatraciłam swoje umiejętności pisania i barwnego, plastycznego obrazowania moich myśli.

Chciałabym odnaleźć motywację i jakoś ruszyć do przodu, ale po prostu już nie umiem. Mimo chęci, to jest nieosiągalne obecnie. I nie wiem czy dam radę wyjść z takiego stanu. Wydaje się, że to kolejna rzecz, która jest niemożliwa i poza moim zasięgiem. Nie wiem już, jak sobie pomóc. Próbuje, staram się. Ale wszystko kończy się fiaskiem i dalej tkwię w plątaninie myśli i negatywnych emocji. Nie potrafię się za dużo cieszyć, czy jakoś okazywać pozytywne emocje. Jak już, nie zawsze jest szczere. Po prostu tak łatwiej zachować pozory i stan, w którym inni mają wyjebane w Ciebie i Twoje problemy. Po co obciążać innych tym? To nie ma większego sensu, wtedy nie dość, że Ty masz te problemy, to jeszcze Twoje otoczenie się tym przejmuje. Więc osobisty problem staje się problemem lokalnym. Według mnie, nie ma to większego sensu w sumie. Po prostu - po co robić pod górę sobie i innym. Lepiej siedzieć samemu ze swoimi myślami niż rozpowiadać i jakoś wplątywać w to innych ludzi. Przez długi czas dzieliłam się tymi problemami z otoczeniem, ale stwierdziłam, że przekroczyłam pewne granice z tym i było to już raczej odbierane jako użalanie się bądź po prostu narzekanie na wszystko i wszystkich wokół. Teraz jestem ze wszystkim sama. Niby mi lżej, niby nie. Lepiej pogadać z kimś i wspólnie to przedyskutować, mogło by się wydawać. Ale jak ma się odmienne zdanie, poglądy, to jest jeszcze gorzej. Szczególnie, jak druga osoba nie ma żadnego podglądu do myśli, emocji i odczuć rozmówcy. Gdyby można by było zajrzeć w to, to na pewno byłoby łatwiej i można by było lepiej wczuć się w rozmowę i lepiej to zrozumieć. Póki nie ma takiej możliwości, to wolę zostawić to dla siebie i po prostu tkwić w tym sama. Ni będę balastem dla innych osób. Z moimi myślami i problemami, ważę jakieś pół tony. Po co przygniatać takim obciążeniem jeszcze kogoś, gdy sama ledwo noszę ten plecak z myślami.

Czuję przytłoczenie swoimi myślami, problemami. Po prostu swoim życiem Mam dość. I to tyle.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz