Ariana | Blogger | X X

wtorek, 1 sierpnia 2023

Stop thinking. You breaking your own heart...

Nadal nic się w sumie nie zmieniło, jeśli chodzi o procesy myślowe u mnie. Cały czas, albo mam natłok myśli i bez przerwy coś analizuję, albo mam pustkę w głowie. W zasadzie częściej się zdarza, że jest to nieustająca gonitwa myśli. Jedna myśl popycha drugą i powoli zatracam się w tej reakcji łańcuchowej. Jest to trudne do ogarnięcia dla mnie, a co dopiero dla osób postronnych. Nie radzę sobie, bo tkwię w jednej wielkiej spirali myśli. Nie potrafię cieszyć się z niczego. Z pozornie pozytywnej rzeczy potrafię wytworzyć o wiele więcej negatywnych myśli i aspektów. Nie mam pojęcia jak to działa i dlaczego tak się dzieje. Znacząco utrudnia mi to normalnie funkcjonowanie w społeczeństwie. Nie umiem ufać ludziom już. Nie umiem wierzyć im w to co mi mówią. Czy to pozytywne rzeczy, czy zapewnienia. Wszędzie widzę intrygi, kłamstwo i czyhanie na moje życie. Jest to bardzo ciężkie. Ale wydaje mi się, że po prostu bardzo analitycznie i realistycznie podchodzę do tematów, które przewijają się w moich zwojach. Widzę podstęp w słowach innych osób, które bezpośrednią dotyczą mojej osoby. Mam wrażenie, że nikt nie chce mi pomóc uporać się z trudną sytuacją. Próby, jakie są stosowane w moją stronę, kończą się fiaskiem i w zasadzie czuję się gorzej. Nie umiem sobie praktycznie z niczym poradzić w pojedynkę, nie jestem w stanie podejmować racjonalnych decyzji. I w dodatku, gdy ktoś próbuje mi pomóc i popchnąć mnie do przodu, odbieram to negatywnie. Jakby moja beznadzieja wkurwiała już innych i jakbym tworzyła pewnego rodzaju problem. Jestem zapewniana, że problemem nie jestem, ale czasem rozwój sytuacji i co za tym idzie moje myśli dają mi do zrozumienia, że jest całkiem inaczej. Coraz bardziej myślę o tym, by zniknąć bez słowa i odciąć się dosłownie od wszystkich. Chciałabym się odizolować i uporządkować wszystkie szufladki w głowie. Panuje tam wielki zamęt. Wszystko jest ubrudzone czarną farbą i posypane kurzem. Moja głowa to ciemne i takie podgnite od wilgoci miejsce. Przydałaby się tam firma sprzątająca, która doprowadzi to miejsce do ładu i jakoś posegreguje te wszystkie dokumenty i wspomnienia. Tylko nie wiem kto lub co mogłoby być taką firmą sprzątającą u mnie. Moich najbliższych osób wolę nie denerwować moimi kolejnymi problemami i myślami. Boję się z nimi o tym rozmawiać, że zmienią o mnie zdanie, że jestem psychiczna i wszystkich stracę. Z jednej strony uważam, że to dla nich mogłoby być pewnego rodzaju ukojenie i takie odetchnięcie z ulgą. Mieli by dobry powód, by zostawić moje istnienie samej sobie. Ale z drugiej - byłaby to szpilka w moim sercu, że mnie zostawili, bo im zaufałam, mimo problemów z owym zaufaniem. Wolę nic nie mówić już chyba, dość im natrułam odnośnie mojego żywota i jakie ono jest tragiczne i bezwartościowe. Boję się, że niedługo przeleję czarę goryczy i znowu zostanę sama w czterech ścianach. Że powiem parę słów i myśli za dużo. I tak już mam wrażenie, że niektórzy słyszą moje myśli. Z tego też powodu, mam wrażenie, że u każdego mam już popsutą relację, bo odkopali jakoś moje myśli i zobaczyli jak zniszczonym i paskudnym miejscem jest moja głowa. Nikt przecież nie chce się zadawać z osobą, która prezentuje sobą jedynie zgniliznę i nosi maski, by nie martwić i wkurwiać innych. Przykładanie tych masek to taka forma reakcji obronnej, a nie forma braku szczerości. Moje maski to nie jest kłamstwo, gdyby dłużej się nad tym pochylić. Jest to reakcja obronna, ponieważ gdy pokazuję, że jest względnie dobrze i jako-tako się trzymam, ludzie nie mają możliwości by wrzucić mi kolejne kłamstwa, by wypełnić worek pod nazwą "nadzieja". Gdy myślą, że jest dobrze, nie wykorzystują mojego momentu kryzysu. Być może moje ostatnie "działania" (jakkolwiek inaczej to nazwać) miały wpływ na to, jak teraz odbieram rzeczywistość i jak bardzo wszystko analizuję. Ludzie dosyć dobitnie mi pokazali, że w momencie, gdy podejmuje pierwszą odpowiedzialną decyzję łatwo jest mną manipulować. Kilka miłych słów, teoretyczne zrozumienie swoich błędów i obietnica złotych gór, byleby wzbudzić we mnie jakąkolwiek nadzieję na lepsze jutro, lepsze życie. Z biegiem czasu poczułam na własnej skórze, że były to tylko obłudne kłamstwa bez krzty przełożenia w czynach, realizacji i dotrzymania słowa. W pewnym sensie było to dla mnie takim sygnałem, że w zasadzie to ludzie mają wyjebane w moją egzystencję. No i stwarzają pozory, ze im na mnie zależy, że cokolwiek znaczę i jakkolwiek jestem ważna. Chwilowy moment zmiany, w sensie zapewnienie o niej, po czym wracamy do punktu wyjścia, nic się nie zmienia. To uderza ze zdwojoną siłą w niektórych przypadkach. Ile można dzierżyć takie puste słowa, które przeczą czynom? Ile można wytrzymywać uczucie bycia ciężarem dla innych, uczucie byciem odrzutkiem społecznym? Wykańcza to psychicznie i wprowadza taką anhedonię do życia. To jest dosyć ciężkie do przetworzenia i jakiegokolwiek pozytywnego odbioru. Ciemne myśli wypełnione paletą szarości sprawiają, że nie potrafię się cieszyć. Każde mile słowo, rozbijam na setki negatywnych pytań i odpowiedzi. Moje życie to ciągła analiza. Wydaje mi się, że jestem osobą nadwydajną mentalnie. Ale czy to prawda to nie wiem. Nawet sama sobie nie umiem zaufać. To już dosyć poważne zjawisko. Czasem czuję się rozszczepiona na kilka mniejszych jednostek osobowych i oderwana od rzeczywistości. Każda z tych jednostek toczy bitwę z inną. Coś na zasadzie, że serce to jedna postać, mózg to druga. Nie potrafię tego wyjaśnić. Moje myśli same ze sobą się sprzeczają i jest coraz gorzej. Gdy dociera do mnie sprzeczności własnych myśli, mam trudność by określić, która jest tą prawdziwą, która jest mi i prawdzie najbliższa. Ciężko jest by czuć inne uczucia, gdy jestem wystawiana na tabuny myśli i tętent kłamstw, który wgniatają mnie w ziemię. Zaczynam sobie nie radzić z własną psychiką, która wystawia mnie na wiele prób. Często nie mam podstaw, by twierdzić, że jest dobrze, że ktoś ma dobre intencje wobec mnie, że jest ze mną szczery. Podważam wszystko, widzę niespójność w słowach i gestach, wyłapuję każdą małą zmianę w energii, którą od kogoś otrzymuję. Nie wiem co się dzieje.
Czasem czuję się jak taki popękany dzbanek wypełniony po brzegi negatywami, gdzie niektórzy jeszcze dolewają swoją frustrację i powody, przez które myślę, że nie jestem wystarczająca by kontynuować swój żywot. Z dzbanka tego powoli ta czarna breja się wylewa, brudzi stół, podłogę. I zastyga, będąc dalej obecną w otoczeniu i powietrzu. I tak to wszystko się nawarstwia pozostawiając plamy i okruchy w atmosferze. Chciałabym jakoś opróżnić ten dzbanek i zapełnić świeżymi kwiatami, które faktycznie dają mi nadzieję i są w pełni pozytywne. Ale póki co, wszystko zmierza w kierunku tego, że niesforny kot strąci ten dzbanek na kafelki i potrzaska się na setki odłamków.
Przyczepiłam się tego naczynia, ale to chyba najlepsze zobrazowanie tego, jak to wygląda, jak to odczuwam, a jak chciałabym odczuwać. Sama dobijam się własnymi myślami, mimo, że czasem są po prostu irracjonalne i kompletnie oderwane od sytuacji. Ale i tak wypełniają mi głowę i po prostu im wierzę. Jestem więźniem własnego umysłu i łamię swoje własne serce. Nie potrafię tego naprawić i zmienić. Sama sobie wbijam kołki w serce i dokładam kolejne powody, dlaczego moja egzystencja jest tylko marnym zajmowaniem przestrzeni i wypuszczaniem dwutlenku węgla w atmosferę. Nic sobą nie reprezentuję, ani nie oferuję. Nie robię nic pożytecznego. Teoretycznie jestem w pełni sprawna, ale czuję się jak warzywo, które nie potrafi być samodzielne. Powoli mam dość i coraz ciężej mi trzymać się liny by nie spaść całkiem na dno. Przytłacza mnie to i czuję obciążenie. 

Jest ciężko, jest byle jak. Te słowa najlepiej podsumowują moją obecność na tym świecie. Jestem coraz bardziej wiotka i nie potrafię ustać, a co dopiero zrobić krok w przód. Na zasadzie Syzyfowej pracy. Staram się, próbuję, myślę, że jestem blisko celu... ale znowu się staczam jeszcze niżej, niż kiedy zaczynałam swoje starania. A kamień mnie jeszcze wgniata w glebę, i nie potrafię się z niej wygrzebać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz